Medycyna Ludu Polskiego - Choroby skóry

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 1/35/2011

W utworach poetów i powieściopisarzy napotykamy bohaterów z warstw ludu, jako ludzi czystych i schludnych. Inaczej jednak przedstawia się to realnemu oku lekarza, który widzi, że w chatach wiejskich wiele brakuje do czystości rzeczywistej, jak niemniej i około samychże ich mieszkańców. Lud wiejski, poczciwy z „kościami”, nie wiele dba o pielęgnowanie skóry, z powodu wrodzonego niemal wstrętu do wody, myje się po większej części tylko w niedziele i święta, żałując sobie, że tak powiem, wody nawet i wtenczas. Kąpiele nie są tak powszechnie używane, jakby się tego spodziewać można po łatwej i dogodnej sposobności, która się nadarza po wsiach. Nie należy się kąpać przed dniem św. Jana Chrzciciela (24 czerwca), bo św. Jan jeszcze wody nie ochrzcił, a dopóki św. Jan nie ochrzci wody, to kapiący się dostaje wrzodów i wrzodzianek. Kobiety zawsze umieją sobie pomagać, gdy natura odmówi im wdzięków, lub miłej powierzchowności, która szybko mija z latami. Wstrętne malowidła twarzy są wylacznym przywilejem mieszkanek miast, podczas gdy na wsi środki kosmetyczne są natury bardzo niewinnej i nie tak szkodliwe, jak miejskie. Deszczówka marcowa, jak i woda zebrana w czasie grzmotów i piorunów. Tak samo działa obmycie się śniegiem w dniu pierwszym marca. Pierwsza ablucja z kielicha wiele pomaga do gładkości twarzy. Odwaru rosliny son i pszeńca, który dziewczęta nazywają „bratczykiem”, używają do obmywania twarzy w celu upiekszenia. Sokiem fołka trójbarwnego smarują sobie dziewczęta brwi, w przekonaniu, ze ulubiony je pokocha, bo ziele to ma moc pociągania do siebie. Gdy kobieta pierwszy raz spostrzeże na wiosnę jaskółki, to rękami uciera sobie twarz, jakoby się myła, a to dla nieopalenia się od słońca.

Piegów czyli wieśnianek na twarzy dostanie, kto wykręci lub zepsuje gniazdo jaskółek, albo kto schwyci jaskółkę i nie obmyje sobie rąk, potrze niemi twarz. Młode bowiem jaskółki mają „krostę”, gdy więć kto je schwyci i potrzyma w ręku, to dostanie krost. Kto potrze sobie twarz bzem koralowym, dostaje piegów, na które lud mówi: „Rybinkie dostał”. Na piegi dobre jest mleko świnie. Gdy się zobaczy na wiosnę pierwszy raz jaskółkę i obmyje się błotem, piegi zaraz znikną. Piegowata osoba bierze wody na miskę i myje się, a jeżeli potem jaskółka z niej się napije, to piegi znikną.

Częste zapalenie gruczołów łojowych na twarzy, zwane wągrami powstaje zdaniem ludu z używania ostrych potraw i z „ostrości” krwi. Rozpustni ludzie zowią je zwykle „zachciałkami” i radzą spółkowanie. Aby się ochronić od wągrów, zwłaszcza na twarzy, kładą w wielki czwartek mydło na dachu, zdejmują w wielką sobotę i umywają się niem wszyscy domownicy. Postępowanie to chroni szczególnie małe dzieci od rozmaitych chorób skórnych i czyni się na pamiatkę umywania nóg apostołom i że w tej wodzie umywał w piątek Piłat ręce. Na nadmierne pocenie się rąk radzą nosić w rękach żabkę zieloną, która z deszczem spadła, póki nie zginie.

Czeste są u ludu wypryski na skórze, zwłaszcza na twarzy i noszą nazwę  pryszczów lub wieśniówek. W wilję nie jadają surowego bobu lub grochu, aby się nie nabawić pryszczów. Pocałowanie rzekotki zielonej chroni od pryszczów na ustach, od bólu ust lub od padania się. Biora żabę za pazuchę (pachę) w nadziei, ze nie będą mieć pryszczów. Kto zabije skowronka, dostanie wyrzutów na twarzy, lub jego rodzice umrą wkrótce. Gdy padalec prześlizgnie się przez rękę lub twarz człowieka, to skóra popęka i połuszczy się. Mający pryszcze uważa na pierwszy przylot jaskółek, a skoro tylko z ciepłych stron przylecą, niech na nie popatrzy, a pryszcze zginą, czyli zgoją się. Błonkę zieloną, z pod kory słodkiej jabłoni naskrobaną, topią z masłem niesolonem i tem smarują wyrzuty. Na pryszcze na twarzy radzą obmywać twarz wodą, w której moczono bratki wraz z kwiatem. Na wyrzuty po całem ciele lub na twarzy dobrze się skapać w rzece przed wschodem słońca w Wielki Piątek, a wyrzuty zginą. Zaszczepiają też strupek z chłopca pod korę jabloni słodkiej, a z dziewczyny pod korę gruszy, a niezawodnie strup się wykruszy i zginie. Na czarną krostę, zwaną żydówka, przykładają rozdartą żabę, albo gotowane rodzynki.

Strupy, słody czyli parchy  są w ogólnej wzgardzie, czego dowodem przymiotnik parszywy, który powszechnie jest używany, szczególnie względem każdego żyda, prawdopodobnie z tego powodu, ze lud Izraela najliczniej choruje na nie. Choroba sama jest dość rzadką pomiędzy ludem wiejskim. Kto zabije jaskółkę, jej gniazdo zepsuje, lub jaja wybierze i rozbije, dostanie strupów na Janów, Bucyki, Dziewiętniki, Halicz, Jasienów Polny), albo krost (Pobereże, Nadwórna, Sielec). Kto złapie jaskółkę i nosi ją w ręku, obleje mu się głowa strupami. Jeżeli łajno jaskółcze padnie na głowę, utworzy się w tem miejscu strup, lub głowa pokryje się parchami. Posypać gorącym popiołem kał jakiego czlowieka,   a zaraz pośladek pokryje się mu parchami. Chłop, chory na parchy, z dobrą wiarą, okłada głowę starem sadłem, utłuczonem na masę, albo też naciera części ciała, dotknięte tem cierpieniem, korzeniami szczawiu końskiego, maczanemi w urynie. Kwiat wilczego łyka, usmażony ze smietanką, służy na maść na głowę u małych dzieci, nawiedzonych krostami. W maśle niesolonem smażą, łyko słodkiej jabłoni, a otrzymaną maścią smarują miejsca dotknięte słodkim strupem. Wodą, w której gotowano groch ze słoniną, pocierają także miejsca zajete słodkim strupem. Kto przejdzie po skorupach jaj, dostanie „parpi”(łupieży na głowie), a kto je spali, będzie miał wrzody na głowie. Na Rusi nie wymawiają w wilję Bożego Narodzenia wyrazu cebula, boby się pojawiły przez cały rok czeraki (zwane także wilkiem) tak wielkie, jak ona; nie jedzą w ten dzień gruszek, aby nie dostać bolaków po twarzy. Cebula krajana, na blasze przypiekana, przełożona na bolaki, oddala je. Świeże liście podbiału  przykładają na czyraki, bo one wyciągają „materję” i szybko goją.

Trąd, zwany u górali srapem, zgania się najniezawodniej, tarzając się po jarem życie. Kret, złapany w maju i spalony w ogniu na proszek, ma tę własność, ze posypawszy nim jaką nienawistną osobę, nabawia się ją trądów.

Ostre wysypki skórne, dzięki silnie zakorzenionym przesądom, pochłaniają u nas rok rocznie liczne ofary. Lud, nie przewidując niebezpieczeństwa, lekceważy sobie chorobę, a co gorsza, nie znając zaraźliwości, mimowiednie staje się źródłem nowych nieszczęść. Sądzą oni, że choroba nie nagabuje tego, kto się jej nie boi i dlatego często lekceważą sobie wszelkie środki ostrożności, przekonywując się po niewczasie o swem fałszywem zdaniu. O odosobnieniu chorób zakaźnych po wsiach nie ma wcale mowy, kiedy i w mieście nie da się to prawie wcale przeprowadzić. Odwar z szuszonego korzenia i liści omanu wielkiego (Inula helenium) używany jest przeciw wysypkom.

Odry  od szkarlatyny lud zwykle nie rozróżnia, a przynajmniej czesto bierze jedno cierpienie za drugie. Na chorych zwracają baczną uwagę, aby wysypka wystąpiła jak najobfciej i w tym celu okrywają chorego czem mozna, dając mu przytem środki napotne i ogrzewając wcale porządnie pomieszkanie. Chodzi im o to, aby wysypka nie zginęła, to znaczy nie rzuciła się „na wnętrze”, na szlachetniejsze organa, co bardzo jest szkodliwem dla chorego. Dla tego to, nawet podczas letnich upałów, nakrywają dobrze chorego i nie przewietrzają mieszkania, bo świeże powietrze szkodzi. Z leków mają tu zastosowanie te same środki, co przy cierpieniach narządu oddechowego, a więc rozmaite wywary i nalewki. Z zapaleń skóry często pośród ludu spotykamy się z  liszajem. Kto przejdzie przez to miejsce, gdzie sie koń tarza, dostaje tej choroby. O innych jego przyczynach wspomniałem przy chorobach dzieci. Liszaje smarują dębowem jabkiem tj. Galasówką, albo młodą gałązkę dębową warzą na ogniu, a wydobywającym się z niej sokiem pocierają liszaj porządnie, lub przekładają oman. Miejsca, dotknięte liszajem, smarują rosą, zebraną z szyb przed wschodem slońca, lub wodą, która po deszczu zbiera się między liśćmi na szczeci leśnej i posypują solą. Nacierają go także sokiem z cybucha lub mazią. Olej z siemienia konopnego zachwalany jest przeciw liszajom. Dobrze jest potrzeć liszaj spoconą koszulą, którą trzeba potem zakopać w ziemi, bo gdy koszula zgnije, zgnije też i choroba. Można się go pozbyć nastepującem zamawianiem: „Liszaj! U kogoś sypia?- w starej chałupie, na malowanym słupie; u księdza na słupie, u żyda na d...”. Nieco odmiennego zażegnywania liszaja używają wróże. Określając naokoło miejsca, zajętego przez liszaje, robią dziewięć krzyżaków poświęconą kredą, a jednocześnie wymawiają: „o ty, liszaj, nie tu się pisaj, ino w kościele na słupie i u księdza na chałupie.” Po trzykrotnem powtórzeniu, chory odmawia trzy „Zdrowaś Maryja...”.

Z wytworów skóry zasługują na uwagę w medycynie ludowej brodawki, zwane kurzejkami lub kokoszankami. Powstają u tego, kto miał ropuchę w ręku, lub kogo żaba wodą opryskała. Dzieciom zabraniają brać do rąk jagody wilczego łyka, bo ręce, potarte ich sokiem, pokrywają się wkrótce brodawkami. Nie mozna przechodzić bosą nogą po miejscu, gdzie sie koń tarza, bo można dostać brodawek na rękach i na nogach. Brodawki są zaraźliwe i przez zetkniecie udzielają się innym. Kurzejki wypalają drutem lub szpilką w nich utkwioną, zapuszczają wydzieliną „konika polnego”. Brodawki gubi „sucze mleko” lub szczeć (Dipsacus silvestris). Rozkrwawiwszy je paznogciem lub nożem aż do krwi, zapuszczają sokiem krwawnika, lub wycierają chlebem, który w piec wrzucają. Stojąc pod otwartym niebem i patrząc w księzyc na nowiu, należy trzymać gruszkę w ręku, nakłuć ją trzykrotnie szpilką i za każdym razem szpilką tą dotykać brodawki, gruszkę zakopuje się w ziemi, aby zgniła. Przerachować brodawki i napisawszy ich liczbę na kartce, w piec wrzucić. Niektórzy podwiązują je włosieniem, albo też wiążą nad brodawkami supełek z wełnianej nitki, który włozywszy pod biegun wrót w stodole, uciekają pospiesznie, nie ogladając się za siebie, pewni, że brodawki zginą. Mający brodawki na rękach i nogach, uważa jak dwóch swywolnych chłopców jedzie na jednym koniu; wtedy niech rzuci za niemi wiecheć   z buta i rzecze: „dwojaki, dwojaki, weźcie ode mnie brodawki”, a niezawodnie zginą. Brodawki usiłują zgładzić, smarując je świeżą krwią różnych zwierząt.

Nagniotki, zwane odbitami, stosunkowo dosyć często napotykamy, dzięki modnym obuwiom, które powoli wciskają się i na wieś. Kto przy pośniku (wilji) trzyma nogi na kamieniu, nie będzie miał na nogach odbitów, ale za to dostanie ich ten, kto odszedł od stołu podczas posiłku. Nagniotki gubią się od okładów z surowego mięsa albo też rozgotowanego gnoju kurzego lub gołębiego. Cebula zwyczajna krajana, na blasze przypiekana a przyłożona na odgniotki, gubi je. Odbity giną także pomazane „suczem mlekiem” czyli sokiem ostromlecza. Gdy od ciężkiej roboty  wytworzą się na dłoni modzele, trzymają w garści pokrzywę zwyczajną.
 



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Ciałoterapia mięśni dna miednicy

Pacjent idealny? Stuprocentowo szczery, skoncentrowany na samoobserwacji, świadomy codziennych obciążeń, którym podlega. O ile prostsze byłoby jego leczenie... Przedstawiam Wam ten ideał!

Skąd się wziął ks. Adam Boniecki

Po dwóch latach rozmów z ks. Adamem Bonieckim mam przed sobą naszą wspólną książkę. Spotykaliśmy się co tydzień i rozmawialiśmy o tym, co dziś znaczy „głodnych nakarmić”, „spragnionych napoić”, „nagich przyodziać”. Kim są „wątpiący”, „nieumiejętni”, „podróżni”.