Consultronix lupus est!

Autor: Zbigniew Mazgaj

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 4/42/2012

Wielce Szanowni Państwo!

Tym z Was, którzy pomijając okładkę zwykli rozpoczynać lekturę od moich felietonów uprzejmie donoszę, iż primo: czuję się arcydowartościowany, secundo: numer jest poświęcony 25 urodzinom Firmy. Przyznaję, naszła mnie wena do napisania czegoś jubileuszowego. Nawiasem mówiąc, czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego świętujemy rocznice podzielne przez pięć? Otóż wyłącznie dlatego, że ewolucja wyeliminowała formy mające inną ilość palców. Przypadek to, czy kompromis między redundancją, a efektywnością? Ciekawe. Bo taką, dajmy na to, stonogę (Oniscus) tak absorbują odnóża, że biedaczka nawet nie zdaje sobie sprawy z własnego sukcesu ewolucyjnego... Pardon, już wracam do tematu. Wybaczcie!

Firma była jednym z pierwszych prywatnych krakowskich przedsiębiorstw, w których wdrożono sieć komputerową z prawdziwego zdarzenia. Z rozrzewnieniem wspominam stosowane onegdaj technologie ArcNet i Token Ring. Komputery przekazywały sobie kolejno wirtualny żeton, którego posiadacz miał prawo wysyłania informacji zaś reszta mogła tylko słuchać. To eleganckie rozwiązanie wprowadzili inżynierowie z IBM w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Tyle, że nie oni go wymyślili!

Identyczne reguły obowiązywały już dobre dwa i pół tysiąca lat temu podczas ateńskich sympozjonów, które dały nazwę dzisiejszym nobliwym sympozjom. Nie dajcie się jednak zwieść! W istocie były to całonocne popijawy, (gr. ??µ?????? - wspólne picie), często kończące się komosem, (gr. ??µ??), czyli przeniesieniem imprezy na ulice z pochodniami, chóralnymi śpiewami, demolowaniem straganów i obijaniem fizjonomii przypadkowych przechodniów. Ku czci Dionizosa, rzecz jasna. W każdym razie przedstawiciele klas wyższych mający problemy egzystencjalne - bo tylko oni mogli wówczas sobie na takowe pozwolić - podczas sympozjonów mogli się wywnętrzyć. Obowiązywała przy tym żelazna zasada: pito z jednego kyliksa (gr. ????? - kielich), zaś prawo głosu miał ten kto go dzierżył. Było to nie tylko źródłem inspiracji dla chłopaków z IBM-a, wywarło również zbawienny wpływ na retorykę, ucząc formułowania jasnych i zwięzłych wypowiedzi. Być może właśnie podczas jednej z takich imprez niejaki Arystokles, lepiej znany pod ksywą Platon (gr. ?????? - „szerokobary”), zdefiniował człowieka jako dwunożną istotę pozbawioną piór. Dowiedziawszy się o tym, stary cynik Diogenes z Synopy przezywany Psem, (gr. ???????, Kynikos - stąd cynizm), wylazłszy z beczki w której pomieszkiwał obnosił się po Agorze z oskubanym ptakiem (gatunku Gallus gallus domesticus), kompletnie dezawuując hipotezę Platona. Tak dojrzewał i hartował się paradygmat metody naukowej.

Po pewnym czasie zainwestowaliśmy w nowocześniejszą technologię zwaną thin-Ethernet. Komputery, niczym paciorki, łączył „cienki” kabel koncentryczny zaopatrzony we wtyki o dumnej nazwie British Naval Connector. Na każdą maszynę przypadało ich trzy, a rozpięcie któregokolwiek oznaczało awarię całej sieci. Zaprojektowane do przetrwania morskich nawałnic okazały się całkowicie bezradne wobec mopa Pani Stasi sprzątającej biuro. Dawało mi to chwile wyciszenia i zadumy w pozycji przez militarystów zwanej czołganiem wysokim, zaś przez młode mamy raczkowaniem. Muszę przyznać, że szukając poluzowanych złącz nie zdawałem sobie sprawy w jak ciekawych czasach żyję. Weźmy choćby ówczesnych informatyków. Baba w babę, chłop w chłopa - nie musieli, a chcieli! Zważcie, że za nieboszczki PRL powszechnie dostępny był jedynie deficyt, resztę trzeba było sobie zorganizować. Podręczniki programowania, a właściwie ich kserokopie, organizowałem przy pomocy kolegi z Instytutu, który załapał się na kontrakt w CERN. Nie było innego wyjścia, bo po wprowadzeniu stanu wojennego obowiązywało embargo na eksport zaawansowanej technologii do krajów „demokracji ludowej”. Zresztą i tak nie było by mnie na nie stać. Jak miałem kupić książkę za 100 dolców zarabiając miesięcznie około 12? Tyle była warta moja pensja po kursie rynkowym, czyli u konia pod Pewexem. Nie twierdzę oczywiście, że wśród dzisiejszych informatyków brak pasjonatów! Wszelako wówczas byli oni niczym szyja węża, (- Rebe, czy wąż ma szyję? - Wyłącznie!). To se ne vrati, jak śpiewała Maryla Rodowicz.

Tak, tak, Moiściewy! Lubimy idealizować czasy minione. Już antyczni Grecy dzielili historię na złotą epokę bogów, spiżową herosów i żelazną w której im samym przyszło żyć. Mówiąc wprost, żyjemy w przeświadczeniu, że wszystko nieuchronnie schodzi na psy. Zastanawiające, skąd ten fatalizm? Stawiam tezę, że cezurą był ten moment dziejów, w którym jakiś troglodyta po raz pierwszy zagłaskał Canis lupus na familiaris. Nie znam bowiem żadnego przypadku zejścia na wilki!

Życzę Państwu i sobie spotkania na łamach CX News za następne 25 lat!
Z.M.

P.S.
Aby uciąć wszelkie posądzenia o kynofobię informuję, że urodziłem się w roku Psa.