Granice

Autor: ks. Kazimierz Sowa

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 3/71/2021

Jestem z pokolenia, dla którego przekraczanie granicy było najpierw przeżyciem traumatycznym, potem zwyczajnym, aż w końcu zapomniałem, że jakieś granice, zwłaszcza między państwami, jeszcze istnieją. Pamiętam pierwszy przejazd, a właściwie wjazd na terytorium ówczesnego ZSRR, kiedy do wagonów zwyczajnie wpakowali się sowieccy żołnierze i po zaryglowaniu wszystkich drzwi i okien zaczęli coś bardziej na kształt przeszukania złapanych na gorącym uczynku złodziejaszków niż sprawdzenia podróżnych. Podobnie było koło Magdeburga, gdzie wielki pas „niemieckiej ziemi niczyjej” oddzielał pod napięciem i bronią gotową do strzału Niemców „demokratycznych” od „federalnych”. Potem, kiedy jeździłem tą trasą, odruchowo zwalniałem, mimo braku posterunków granicznych, rozglądając się, czy czasem ktoś nie wyskoczy krzycząc „Halt”. 

Wreszcie, kiedy Polska weszła do strefy Schengen, a granice zniknęły, tak w wymiarze politycznym, jak i fizycznym, doświadczenie wolności i swobody zacząłem przenosić na inne kraje, po których podróżowałem - co kiedyś, gdzieś w południowej Azji o mało nie zakończyło się twardym zderzeniem z miejscowymi pogranicznikami i bolesnymi (głównie dla kieszeni) konsekwencjami. Zwykle pamiętałem, że trzeba załatwić wizę, ale już niekoniecznie o innych formalnościach, a tym bardziej o staniu na granicy, czy tłumaczeniu się jakiemuś celnikowi co się wiezie. Chciałoby się powiedzieć: o co chodzi? 

Po co te wspominki i opowieści o granicach? Ponieważ ludzka natura jest tak skonstruowana, że nie tylko szybko przyzwyczaja się do tego co dobre i wygodne, ale i zapomina, jak było dawniej. I dlatego tak trudno jest mi zrozumieć to, jak szybko zapominamy o tym, kiedy nas upokarzano na granicach, kiedy to doświadczenie jest udziałem innych ludzi i dzieje się na naszych oczach! Myślę tu o wydarzeniach z końca sierpnia znad polsko – białoruskiej granicy na Podlasiu, gdzie koczowała trzydziestka imigrantów. Myślę o scenach na lotnisku w Kabulu, które stało się wielką Arką Wolności, dzięki czemu tysiące (ostatecznie nieco ponad sto tysięcy) szczęśliwców wydostało się z kraju przejętego przez fanatyków do świata ludzi wolnych. Myślę także o tysiącach obywateli krajów Ameryki Środkowej i Meksyku forsujących czasem aż do skutku granice z USA, żeby zacząć nowe i lepsze dla siebie życie. I wreszcie, myślę o tych nieszczęśnikach zapełniających u brzegów Afryki często dziurawe i przestarzałe kutry, aby - zdani tylko na łut szczęścia i w najlepszym przypadku trochę dobrej woli innych ludzi - udać się w nieznane, przełamując fale Morza Śródziemnego. 

Te myśli napawają mnie zwyczajnym bólem i wstydem, że nie potrafimy nie tylko tych problemów rozwiązać, ale najczęściej działamy tak, żeby broń Boże nikt i nic nie zaburzyło naszego świętego spokoju. A w sytuacji kryzysu i napięć, populistycznych krzyków i straszenia do głosu dochodzą najprostsze, ale i dla polityków najbardziej efektowne rozwiązania: zbudujmy mur, rozstawmy na granicach drut kolczasty (rozumiecie, drut kolczasty? – jak to techniczne określenie samo w sobie ostro i zdecydowanie brzmi!). A w końcu wyślijmy wojsko i odpowiednie służby do obrony „naszej świętej ziemi”. Jednym zdaniem: brońmy się! 

Tylko, czy wtedy te tak perfekcyjnie i skutecznie zabezpieczone granice czasem nie odkrywają bolesnej prawdy o nas samych, że to my tym zachowaniem przekraczamy przede wszystkim granice zwyczajnej ludzkiej wrażliwości, empatii, a nawet przyzwoitości?

Tymczasem trzeba niewiele albo bardzo mało. Jak mówi stare i mądre przysłowie, kiedy powodzi ci się lepiej niż innym, zamiast budować coraz to wyższe mury, zacznij strugać dłuższy stół, a wtedy wszyscy się przy nim zmieszczą. 



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Influencerka

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie taka oto informacja: „nasza 15-letnia córka całkiem nieźle się urządziła, jest influencerką, ma 160 tys. followersów i od samych tylko firm kosmetycznych co tydzień dostaje parotysięczne prezenty, byle by tylko tą, a nie inną szminką przed kamerką usmarowała sobie usta". Zacząłem drążyć temat i okazało się, że aby dziś stać się autorytetem dla 160 tysięcy nastolatków, należy najpierw przez parę lat coś trenować, na przykład taniec albo pływanie, a gdy już się znudzi, zacząć gwałtownie odrabiać zaległości imprezowe, by wreszcie z pomocą rodziców przestać ćpać i skończyć szkołę podstawową - podziwu godny sukces!!!

Czysta Wisła - Why Not

Pandemia pokazała jasno, jak negatywny wpływ na planetę ma globalna gospodarka. Przyszedł czas walki o poprawę warunków naszego wspólnego środowiska naturalnego. Jako Fundacja Why Not chcemy aktywnie się w nią włączyć. Stąd projekt związany z Wisłą, największą dziką (nieuregulowaną) rzeką w Europie. Najwyższy czas, by rozpocząć systematyczne działania, dążące do poprawy czystości jej wód. 

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Andrzej Woźnica

Celem wyprawy było przyjrzenie się całej Wiśle i zebranie danych na temat jakości i ilości wód na całym jej przebiegu. Obecnie woda z rzeki jest pobierana i badana tylko w ok. 20 stałych punktach, ale my w trakcie spływu, w ramach akcji „Czysta Wisła – Why Not”, analizowaliśmy ją co kilometr na jej całej ok. 1000-kilometrowej długości. Już po przepłynięciu pierwszych odcinków naukowcy zauważyli sterty śmieci. Zaobserwowaliśmy niesamowitą ilość plastiku wyrzuconego w różnych miejscach. ♦

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Damian Absalon

Nasze badania są unikatowe, ponieważ jesteśmy w stanie zatrzymać rzekę w jednym kadrze, w krótkim czasie. Ich idea jest taka, że chcemy pokazać hot spoty, czyli miejsca najbardziej zagrożone i zanieczyszczone. Czasami na punktach monitoringowych nie widać, kto jest odpowiedzialny za to, że na danym odcinku rzeki jakość wody jest taka kiepska. ♦ 

Czysta Wisła - Why Not - Agnieszka Sotoła

Akcja „Czysta Wisła - Why Not” od razu mnie zainteresowała. Czemu? Po okresie pandemicznej izolacji wreszcie coś się dzieje, mamy szansę na spotkania towarzyskie, a ja lubię ludzi! Do tego bliska mi jest kwestia ochrony środowiska i jestem przekonana, że trzeba o tym mówić głośno i na wiele sposobów. Aneta Sotoła była uprzejma stworzyć ze mną team, nie tylko rodzinny i zawodowy, ale też kajakowy. W oczekiwaniu na godzinę „zero” przyglądałyśmy się prognozie pogody — pełne optymizmu, bo w końcu poniedziałek był skąpany w słońcu. O 3:30 ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika, otworzyłam oczy i byłam pewna, że śnię. Strugi deszczu za oknem i pytanie — co dalej... Kawa i decyzja. Mamy plan, działamy! I tak w ulewnym deszczu, zaczynając po godz. 4 (dodam w nocy!), przepłynęłyśmy najdłuższy odcinek — 27 km. Było fantastycznie i piszemy się na kolejne takie lub inne akcje! ♦