Madame, wkładamy dziecko z powrotem!

Autor: Leszek Mazan

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 1/39/2012

- Muszę to sobie kupić pani Jadziu, bo to na pewno przeciw aborcji – mówiła do koleżanki starsza pani, wskazując leżącą na wystawie grubą książkę MADAME, WKŁADAMY DZIECKO Z POWROTEM! Podsłuchiwałem i puchnąłem z dumy: współautorem owego opus byłem przecież ja. A tytuł, skąd taki tytuł? Ano, przed 150 laty znakomity, krakowski ginekolog i położnik prof. Maurycy Madurowicz pomógł w przyjściu na świat dziecku bogatego, krakowskiego kupca. Poród poszedł tak gładko, że łajdus kupiec nie chciał zapłacić całości uzgodnionego honorarium. Oburzony profesor ryknął więc do asystentki: - Madame, wkładamy dziecko z powrotem!

Anegdotę opowiedział nam ktoś z grona starszej profesury uniwersyteckiej, namawiając do spisywania „opowieści z tamtego świata”. Odchodzącego w prehistorię świata starej, polskiej medycyny, narodzonej ongi w Krakowie, reprezentowanej przez długie lata przez ośrodki medyczne pod Wawelem, w Warszawie, Wilnie, Lwowie... Najbarwniejszy, najbardziej w historię bogaty był Kraków, gdzie oczywiście wszystko musiało być pierwsze: pierwsza klinika, pierwsza viagra, pierwsze panie magister farmacji, polskie zdjęcie rentgenowskie, narkoza, pierwsze okulary, pierwsze odnotowane wycięcie kamieni z pęcherza... Stop! To akurat był Wrocław, gdzie w 1466 roku pastwiono się nad naszym kronikarzem, księdzem kanonikiem Janem Długoszem... Kraków fascynował jednak – zwłaszcza nas, profanów szczególną ilością takich opowieści, krążących po dziś dzień po ulicy klinik, sławnej ulicy Kopernika. Owa ulica maluczko, a straci swój medyczny charakter, kliniki przeniosą się w inny rejon miasta... Legenda w ślad za nimi nie pójdzie, mało, tamte wspomnienia umierają już dziś. Studenci nadal uczą się anatomii ze znakomitych atlasów prof. Adama Bochenka, ale już nie wiedzą, iż ów uczony mąż, by wiedzieć jak się umiera: w roku 1913 wstrzyknął sobie w żyły 20 cm3 jadu trupiego. W I Klinice Chorób Wewnętrznych nikt już nie opowiada jak to prof. Tadeusz Tempka ordynował pacjentom picie śliny chorych mniej anemicznych. Nie powtarza się o terapii zastosowanej wobec znakomitego aktora Ludwika Solskiego, który w czasie spektakli regularnie sikał w spodnie... O  przywiezionej z Paryża chorobie wenerycznej Stanisława Wyspiańskiego, jak opowiadano sobie na Kopernika autor „Wesela” nabawił się syfilisu od nie byle kogo, bo od Jamajki Annach, modelki i kochanki Paula Gaugine’a. A sam syfilis – co odkrył w 1932 prof. Franciszek Walter – pojawił się w Europie na długo przed Kolumbem, o czym świadczą ślady na twarzach postaci z ołtarza Wita Stwosza...

Byli w Polsce medycy genialni, autorzy prekursorskich rozwiązań i koncepcji (łącznie z  teorią ewolucji, opublikowaną w Krakowie trzy lata przed Darwinem!), byli chirurdzy, którzy jako pierwsi odważyli się zajrzeć do tchawicy żywego człowieka lub operować ślepą kiszkę, a zabieg ten wykonywali najszybciej w Europie(!), byli uczeni tragicznie przegrani (jeden z nich, po opublikowaniu rozprawy o rzekomym odkryciu bakterii wywołujących choroby nowotworowe musiał uciekać z Krakowa) – wszyscy fascynujący, nieraz godni najwyższego uznania. Kilku z nich było kilkakrotnie nominowanych do Nobla, żaden tej nagrody nie dostał... Powody, osobliwe z dzisiejszej perspektywy, niepoważne: „nie lubili się chwalić przed światem”, zwlekali latami z publikacją swych prac, ogłaszali je wyłącznie po polsku, pozwalali się tyranizować profesorom, którzy ich dezyderaty trzymali nieraz całymi latami w szufladzie... I tak Nobel na przełomie XIX/XX wieku kilka razy uciekł nam sprzed nosa. Książka pozostawia ten fakt bez komentarza. Zresztą, co tu komentować...

Sięgnijcie, proszę, po naszą „Madame...”. Może przypomni się jakaś anegdota, zasłyszana opowieść, medyczny ślad na polskich drogach. Wdzięczni będziemy za każdy sygnał. Bo skończywszy pisać, odczuwamy wciąż niedosyt i nieprzepartą ochotę powrotu na ulicę Kopernika, do świata medycyny. Oczywiście, nie jako pacjenci. Wprawdzie coś w rodzaju Narodowego Funduszu Zdrowia usiłował u nas zorganizować już król Jan Olbracht, ale jemu też się nie udało...

 

Madame!

 



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Odra - temat tabu?

FUNDACJA WHY NOT to grupa osób, która od listopada 2020 roku chce w sposób zorganizowany nieść POMOC, nieograniczoną szablonami, układami, granicami, przyzwyczajeniami. Rok 2020 był zaskakujący, zmieniający świat i społeczeństwa. Wirus SARS-CoV-2 szalał z niespotykaną siłą, dewastując życie na całym świecie. Rok 2022 to rozpoczęcie militarnej napaści na Ukrainę wywołującej ogólnoświatowy kryzys energetyczny. Nie zapominamy o ciągłym niszczeniu środowiska naturalnego przez rozwijający się przemysł. Chcemy POMAGAĆ! Wiemy, że tej pomocy będzie potrzebował niejeden z nas, a także środowisko naturalne. Dlatego w tym artykule chciałbym się skupić na naszych projektach środowiskowych. To, że ochrona środowiska naturalnego w Polsce jest tematem ze wszech miar trudnym, wie każdy z nas. Odczuwamy to na „własnej skórze”. Moim zdaniem, powodów takiego stanu jest mnóstwo: brak pomysłu na czystą Polskę, brak realnych programów ochrony środowiska naturalnego, rabunkowa gospodarka wydobywcza, słabo kontrolowany rozwój przemysłu, brutalna wycinka drzew (nawet w parkach narodowych), populizm, brak środków finansowych na ochronę środowiska (ale, czy na pewno?). Można by tak wymieniać bez końca…

Człowiek renesansu, dżentelmen polskiej okulistyki. Wspomnienie prof. Józefa Kałużnego

Krzysztof Smolarski: Profesor Tadeusz Krwawicz ma swoją ulicę w Lublinie, a ostatnio skwerem uhonorowano, jako chyba drugiego w historii, polskiego okulistę prof. Józefa Kałużnego. To znaczy, że Ojciec był w Bydgoszczy ważną osobą i to nie tylko przez wzgląd na okulistykę.
Bartłomiej Kałużny: To prawda. Myślę, że duże znaczenie miało też to, że był mocno zaangażowany w rozwój Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera (wtedy Akademii Medycznej) w Bydgoszczy. W uczelni pełnił funkcje prodziekana, później dziekana, aż w końcu przez dwie kadencje był rektorem. Z pewnością z punktu widzenia miasta była to bardzo ważna część działalności. Druga rzecz, to fakt, że Ojciec był niewątpliwie osobą towarzyską i lubianą. Nadal wielu Jego dawnych kolegów i przyjaciół pełni różne funkcje w mieście i działa na bydgoskich uczelniach. 

Mam krew w głowie. Cykl felietonów

Mam krew w głowie. Tak o tym mówię. Na co moja terapeutka: „Co pan opowiada – wszyscy mają krew w głowie. Proszę mówić, mam krwiaka. To robi wrażenie.” Tak. Po wylewie – mój był krwotoczny – mam krew w głowie. To znaczy mam krwiaka. Byłem już dwa razy na tomografii i on tam dalej jest. Na razie się nie zmniejsza. Nie mogę latać samolotem, jeździć na nartach, ani chodzić po górach. Czyli z przyjemności została mi jazda samochodem (całe szczęście!). Jak napisałem powyżej mam terapeutkę, jeszcze mam logopedkę i chodzę czasami do psychiatry. Czyli zamiast latania samolotem mam terapeutkę, zamiast jazdy na nartach mam logopedkę, a zamiast chodzenia po górach mam wizyty u psychiatry. 

Nasz brat kryzys… Cykl felietonów

W czasach PRL-u, czyli wieki temu, był taki szkolny żart, od którego mój nauczyciel historii lubił zaczynać odpytywanie: w Egipcie było dwóch braci, jeden Ramzes, drugi Kryzys. Ramzes umarł, Kryzys żyje – kończył, a ironiczny (choć i dobrotliwy) uśmiech zapowiadał, że to jednak nie koniec. Klasa w ryk, ale śmiech urywał się, kiedy jakiś nieszczęśnik usłyszał swoje nazwisko i musiał się gimnastykować. A jak łatwo się domyślić ten prawdziwy, peerelowski kryzys nie robił sobie nic ani z naszych śmiechów, ani z męki przepytywanych. W tamtych czasach kryzys wydawał się zjawiskiem (niczym Lenin) „wiecznie żywym”. 

Wielce Szanowni Państwo!

W czasach PRL-u, czyli wieki temu, był taki szkolny żart, od którego mój nauczyciel historii lubił zaczynać odpytywanie: w Egipcie było dwóch braci, jeden Ramzes, drugi Kryzys. Ramzes umarł, Kryzys żyje – kończył, a ironiczny (choć i dobrotliwy) uśmiech zapowiadał, że to jednak nie koniec. Klasa w ryk, ale śmiech urywał się, kiedy jakiś nieszczęśnik usłyszał swoje nazwisko i musiał się gimnastykować. A jak łatwo się domyślić ten prawdziwy, peerelowski kryzys nie robił sobie nic ani z naszych śmiechów, ani z męki przepytywanych. W tamtych czasach kryzys wydawał się zjawiskiem (niczym Lenin) „wiecznie żywym”.