Niszczycielski doping

Autor: bp Tadeusz Pieronek

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 3/57/2016

 Z Rio de Janeiro, gdzie odbyły się XXVI Igrzyska Olimpijskie 2016 r. dochodzą wieści radosne, smutne i przerażające. Te radosne dotyczą sukcesów naszych reprezentantów. Musimy się w tej mierze zadowolić tym, co uzyskamy. Nie jesteśmy, w porównaniu z innymi państwami, sportowymi gigantami, ale to nie przeszkadza, że i u nas wyrastają talenty, zdolne pokonać przysłowiowego Goliata. 
 
 Medal olimpijski przynosi sławę zwycięzcy, ale także jego rodzinie, wiosce czy miastu z którego się wywodzi, ale nadto całemu krajowi, który reprezentuje. Na igrzyska olimpijskie wyjeżdżają wyselekcjonowani przedstawiciele różnych dyscyplin sportowych, mający wyniki sportowe, które pozwalają żywić nadzieję, że zdobędą medale, a przynajmniej zajmą dobre miejsce w uprawianej dyscyplinie. Smutkiem napawają niespełnione marzenia o zwycięstwie. Często jest to nadzieja uzasadniona osiągniętymi przez sportowców wynikami. Bywa, że na tej podstawie kreujemy bohaterów, zanim jeszcze przystąpili do boju i niesłusznie oceniamy ich przegraną z żalem, że nas zawiedli. Trzeba jednak mieć świadomość, że o zwycięstwie decydują nawet setne sekundy. I to jest normalne, bo zawsze może się zdarzyć, że komuś coś wyjdzie lepiej niż nam. Dochodzą do nas z Rio de Janeiro wiadomości przerażające. Nie chodzi o przegrane pojedynki sportowe. Tu wszystko zależy od wielu elementów, często od dobrego dnia, złego samopoczucia, czyli od indywidualnej dobrej lub złej dyspozycji. W tej warstwie oceny powinniśmy być bardzo wyrozumiali dla sportowców uczestniczących w igrzyskach. Jest jednak jedna sprawa, która nie pozwala nam być tolerancyjnymi wobec osób, które podjęły się reprezentować nasz kraj w uczciwej rywalizacji sportowej, ale podjęły tę rywalizację nieuczciwie, wspomagając swój organizm środkami farmakologicznymi, wzmacniającymi ich naturalną siłę organizmu. Wiemy, że można się nafaszerować ziołami, narkotykami i rozmaitymi środkami, by przekształcić się z przeciętnego na herosa, kosztem rywala. 
 
 Historia sportu dostarcza wystarczających dowodów na to, że doping i korupcja towarzyszyła zawodom od dawien dawna. Starożytni Grecy stosowali doping farmakologiczny zażywając ekstrakt z suszonych fig, Egipcjanie połykali ekskrementy osłów abisyńskich, a rzymscy gladiatorzy żuli zioła uśmierzające zmęczenie i ból. W XIX w., takimi środkami stały się narkotyki, zwłaszcza heroina i kokaina, a także alkohol, natomiast w XX w. barbiturany, benzodiazepina, betablokanty, steroidy anaboliczno-androgennne (np. testosteron), hormon ludzki wzrostu (HGH), substancje diuretyczne. W ogniu krytyki jest doping przez transfuzję krwi i praktyka dopingu ciążowego u kobiet (podaję za P. Janik, Sport, W: Encyklopedia bioetyki, Radom 2009). Pieniądze też weszły do sportu wcześnie, o czym świadczy wielka kara jaka spotkała miasto Ateny i jego reprezentanta Kallioposa, który na olimpiadzie przekupił rywali. Współcześnie przekupstwo jest w sporcie na porządku dziennym. Zamieszanych w korupcję jest nie tylko wielu zawodników, ale nawet najwyżej postawieni urzędnicy międzynarodowych federacji sportowych. Każdy doping, jakiegokolwiek byłby rodzaju, jest nieetyczny, jest oszustwem, które należy zwalczać wszelkimi legalnymi środkami, a ponieważ dziś jest już plagą społeczną, śmiertelnym rakiem sportu wyczynowego, należy go zwalczać surowymi karami. Środowiska lekarskie mogą wydatnie pomóc w walce z dopingiem, bo bez ich zaangażowania trudno będzie liczyć na powstrzymanie tej plagi. 
 
 Kraków, dnia 17 sierpnia 2016 r.



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Influencerka

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie taka oto informacja: „nasza 15-letnia córka całkiem nieźle się urządziła, jest influencerką, ma 160 tys. followersów i od samych tylko firm kosmetycznych co tydzień dostaje parotysięczne prezenty, byle by tylko tą, a nie inną szminką przed kamerką usmarowała sobie usta". Zacząłem drążyć temat i okazało się, że aby dziś stać się autorytetem dla 160 tysięcy nastolatków, należy najpierw przez parę lat coś trenować, na przykład taniec albo pływanie, a gdy już się znudzi, zacząć gwałtownie odrabiać zaległości imprezowe, by wreszcie z pomocą rodziców przestać ćpać i skończyć szkołę podstawową - podziwu godny sukces!!!

Czysta Wisła - Why Not

Pandemia pokazała jasno, jak negatywny wpływ na planetę ma globalna gospodarka. Przyszedł czas walki o poprawę warunków naszego wspólnego środowiska naturalnego. Jako Fundacja Why Not chcemy aktywnie się w nią włączyć. Stąd projekt związany z Wisłą, największą dziką (nieuregulowaną) rzeką w Europie. Najwyższy czas, by rozpocząć systematyczne działania, dążące do poprawy czystości jej wód. 

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Andrzej Woźnica

Celem wyprawy było przyjrzenie się całej Wiśle i zebranie danych na temat jakości i ilości wód na całym jej przebiegu. Obecnie woda z rzeki jest pobierana i badana tylko w ok. 20 stałych punktach, ale my w trakcie spływu, w ramach akcji „Czysta Wisła – Why Not”, analizowaliśmy ją co kilometr na jej całej ok. 1000-kilometrowej długości. Już po przepłynięciu pierwszych odcinków naukowcy zauważyli sterty śmieci. Zaobserwowaliśmy niesamowitą ilość plastiku wyrzuconego w różnych miejscach. ♦

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Damian Absalon

Nasze badania są unikatowe, ponieważ jesteśmy w stanie zatrzymać rzekę w jednym kadrze, w krótkim czasie. Ich idea jest taka, że chcemy pokazać hot spoty, czyli miejsca najbardziej zagrożone i zanieczyszczone. Czasami na punktach monitoringowych nie widać, kto jest odpowiedzialny za to, że na danym odcinku rzeki jakość wody jest taka kiepska. ♦ 

Czysta Wisła - Why Not - Agnieszka Sotoła

Akcja „Czysta Wisła - Why Not” od razu mnie zainteresowała. Czemu? Po okresie pandemicznej izolacji wreszcie coś się dzieje, mamy szansę na spotkania towarzyskie, a ja lubię ludzi! Do tego bliska mi jest kwestia ochrony środowiska i jestem przekonana, że trzeba o tym mówić głośno i na wiele sposobów. Aneta Sotoła była uprzejma stworzyć ze mną team, nie tylko rodzinny i zawodowy, ale też kajakowy. W oczekiwaniu na godzinę „zero” przyglądałyśmy się prognozie pogody — pełne optymizmu, bo w końcu poniedziałek był skąpany w słońcu. O 3:30 ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika, otworzyłam oczy i byłam pewna, że śnię. Strugi deszczu za oknem i pytanie — co dalej... Kawa i decyzja. Mamy plan, działamy! I tak w ulewnym deszczu, zaczynając po godz. 4 (dodam w nocy!), przepłynęłyśmy najdłuższy odcinek — 27 km. Było fantastycznie i piszemy się na kolejne takie lub inne akcje! ♦