Opowieść z jesiennej mgły

Autor: Leszek Mazan

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 4/46/2013

Najpierw do Paryża dotarła wiadomość o utworzeniu nowej, trzeciej już koalicji: Anglia, Austria i Rosja przeciw Francji. Po­tem „Bóg wojny” Napoleon Bonaparte kazał swym 65 tysiącom piechurom i piętnastu tysiącom konnym -maszerować, wlokąc 286 armat, przez pół Europy od Dunkierki aż na Morawę. Marsz opóźniał urodzaj niemieckich jabłek, skutkujący biegunką. Na­stępnie cesarz Francuzów zmiażdżył i wdeptał w bagnistą zie­mię morawską całą 75-tysięczną armię sprzymierzonych. Dwie godziny później, wczesnym popołudniem 2 grudnia 1805 roku, objeżdżał pola swej zwycięskiej bitwy pod Austerlitz niedaleko Brna, słuchając meldunków o zabitych i rannych. Przeraźliwe zimno, wiatr, deszcz ze śniegiem, ale żaden z półtora tysiąca rannych Francuzów nie leżał na gołej ziemi, pod głową musiał mieć przynajmniej własny lub rosyjski czy austriacki szynel. Za brak opieki, bezpośredni dowódca rannego stawał, z rozkazu cesarskiego, przed plutonem egzekucyjnym. Sanitariuszy nie było. Chirurdzy zajmowali się głównie, jeśli nie jedynie, amputa­cją potrzaskanych kończyn, oczywiście bez nieznanego jeszcze wtedy znieczulenia, ale za to niewiarygodnie szybko: wystar­czało nożem przeciąć mięśnie a potem najwyżej 16 pociągnięć piłką... Takie zabiegi na polu bitwy były bezpieczniejsze niż w la­zaretach, gdzie na rannych czyhała wszechwładna gangrena. Szybciej, szybciej... Tu amputacje nóg, u tamtego chirurga tylko rąk. Jak przeżyje, gnijące kawałki mięsa wokół rany zjedzą przy­stawione czerwie, te same co w grobach, zawsze skuteczne...

Wycofujący się Rosjanie wlekli się niby duchy ciemności w stro­nę Ołomuńca, a dalej Cieszyna i Krakowa. Przy wozach z ranny­mi rzadko pojawiał się lekarz. Chirurgów było w armii carskiej jak na lekarstwo, a pomagali w pierwszej kolejności wyłącznie oficerom. Pomagali aż do kompletnego wyczerpania sił. Do byłej stolicy Polski jako pierwszy dotarł, już jedenaście dni po bitwie oszalały z rozpaczy, upokorzenia i wstydu młody car Aleksander. W hotelu nie zmrużył oka i mimo fatalnej pogody pognał dalej do Petersburga. Tuż przed Bożym Narodzeniem, 23 grudnia A.D.1805, weszły do Krakowa pierwsze oddziały car­skiej Leibgwardii, a w kilka godzin później słaniające się z ran, przemarznięte do szpiku kości oddziały liniowe. Kompletnie zaskoczeni, rozmodleni, szykujący się do Świąt krakowianie nie mogli ukryć zdziwienia i złośliwej satysfakcji: przecież dopie­ro niedawno, przed miesiącem maszerowały przez ich miasto w kierunku Moraw wyborowe oddziały gwardii, kozacy, silna artyleria...!

Nie minęło kilka godzin, a zanurzone w grudniowej, mroźnej mgle liczące 25 tys. mieszkańców miasto zamieniło się wraz z przedmieściami w jeden wielki przytułek, szpital, schroniska dla umierających. Żołnierze konali w bramach domów lub po prostu na ulicach. Dziesięć tysięcy rannych lub chorych żołnie­rzy i oficerów zajęło dotychczasowe szpitale lub naprędce zor­ganizowane (głównie w klasztorach) lazarety. Panował w nich upiorny smród, zaduch, brud, królowała najwierniejsza przy­jaciółka żołnierzy -śmierć. Wybuchały choroby, głównie tyfus i cholera, kładąc pokotem i carskich żołnierzy i mieszkańców Krakowa, wśród których wybuchały groźne epidemie. Na bar­łogach szpitalnych i na ulicach umierało codziennie przeciętnie sto osób. I armia i polscy cywile potrzebowali na gwałt i środ­ków opatrunkowych i lekarstw.

Jednym z kilku aptekarzy krakowskich, którzy pospieszyli z pomocą nieszczęsnym poddanym cara Aleksandra, był po­chodzący spod Jarosławia właściciel apteki „Pod słońcem” Jan Sawiczewski. Organizował całodobowe dyżury, był w stałym kontakcie z rosyjskimi lekarzami i oficerami, wydawał szarpie i leki, a zdziesiątkowanym oddziałom wymaszerowującym z Krakowa w dalszą drogę do Petersburga przygotowywał ap­teczki polowe. Niewiele w nich było: zaciski do ran, szarpie, czyli kawałki rozciąganego dla lepszego wchłaniania wydzie­lin płótna, czasem jakiś eliksir z domieszką opium... Najlepsze lekarstwo żołnierz -obojętne, czyim był poddanym -nosił nie w apteczce, lecz manierce. Francuzi, jak to Francuzi, stosowali jeszcze inną kurację. Dowodem jej skuteczności jest jeszcze dziś 700 nazwisk francuskich, występujących w różnych formach w okolicach Slavkova (tak dziś nazywa się Austerlitz).

W Krakowie takich śladów nie ma, ale mimo to grudzień A.D.1805 jest do dziś dowodem, że Narodowy Fundusz Zdrowia nie może być -przynajmniej w Małopolsce -pewnym dnia ani godziny. Nawet w Boże Narodzenie.



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Wirus, patogen, antygen. Czyli jak Natura komplikuje testy antygenowe

Trudno zaakceptować, że coś tak znikomego jak wirus, rzuci świat na kolana, osiągając mistrzostwo w zakaźności: obleciał kulę ziemską, przemierzył południki i równoleżniki, odwiedził przedszkola i emerytów oraz zmusił nas do zabawy w kotka i myszkę.

Panta rei

Długie wieczory, pogoda i ogólna sytuacja skłoniły mnie do zadumy. Tym razem nad tym, jak słowa zmieniają znaczenie wraz z upływem czasu. Ludzie uczeni nazywają to dryfem semantycznym. Podryfujmy zatem przez chwilę wspólnie. Zacznijmy od Józefa Ignacego Kraszewskiego, który główną bohaterkę „Starej Baśni” nazwał Dziwą. Dzisiaj facet, który tak zwróciłby się do kobiety, zapewne ryzykowałby kilka razów „z liścia”. A przecież by zostać Dziwą, kobieta musiała odznaczać się nie byle jakimi przymiotami ciała i ducha! Dlaczego dzisiaj to słowo stało się wulgaryzmem? Zapewne przez skojarzenie z podobnie brzmiącą „dziwką”, wywodzącą się wszak ze starosłowiańskiego děvъka (dziewczyna). A, że nieszczęsna Dziwa pochodzi od zupełnie innego, również starosłowiańskiego słowa divъ (podziw, zachwyt, zdumienie), nikogo już dziś nie rusza.

Proroctwa się spełniają, czyli felieton antyklerykalny

Św. Paweł (prywatnie mój ulubiony Apostoł) w jednym ze swoich listów napisał znamienne słowa: „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” (1 Kor. 10,12). Wracają one do mnie po tym niezwykłym i zaskakującym 2020 r., który szczęśliwie mamy już za sobą. Roku, który miał być ciekawszy od poprzednich, w którym mieliśmy być cały czas piękni, młodzi i bogaci. Wydawało się, że stoimy na twardym, a tymczasem szybko wszyscy upadliśmy. 

Marchewka

Czytam, że jest ogłoszony konkurs. Konkurs typu „nie kij a marchewka”. Chodzi o to, że w czasie pandemii wprowadzono mnóstwo obostrzeń. Za niestosowanie się do nich, grożą kary. 

„Strategie leczenia jaskry” – długo oczekiwana książka na polskim rynku wydawniczym

Właśnie ukazała się na rynku monografia „Strategie leczenia jaskry”. Książka ta powstała na bazie wieloletniego doświadczenia specjalistów z dwóch wiodących ośrodków okulistycznych w leczeniu jaskry w Polsce i uznawanych na świecie.