Planeta małp

Autor: Zbigniew Mazgaj

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 1/27/2009

Wielce Szanowni Państwo!

Równo 200 lat temu, w lutym 1809 roku, urodził się Charles Robert Darwin. Urodził się, aby 50 lat później opublikować On the Origin of Species by Means of Natural Selection, rzecz jasna. Słowem, mamy Rok Karola Darwina! Nie jest to „njus” krwią ociekający, więc na media nie ma co liczyć. Co najwyżej na minutę ciszy w pewnej rozgłośni. Na szczęście macie CX - News! Wypada zacząć od tego, że o mały włos nie miałbym o czym pisać. Poważnie! Wszystko za sprawą pewnego Niemca, niejakiego Franza Josefa Galla, skądinąd zasłużonego anatoma i fizjologa, który wymyślił i wprowadził na salony pseudo naukę zwaną frenologią. Jej wyznawcy żywią głębokie i szczere przekonanie,że potrafią określić predyspozycje  charakter człowieka na podstawie li tylko kształtu jego czaszki. Należał do nich sir Robert Fitzroy, kapitan HMS Beagle, któremu bardzo nie spodobała się fizjonomia Darwina. Oświadczył on stanowczo, że ktoś obdarzony takim nosem jak Charles,nie nadaje się do morskich wojaży. Na szczęście sir Robert miał otwarty umysł i dał się przekonać, co światu przyniosło teorię ewolucji, jemu zaś admiralskie szlify i zasłużoną sławę pioniera meteorologii i hydrografii. Żaden (no, prawie żaden) wiktoriański gentleman nie miał wątpliwości, że dzieło stworzenia dokonało się w siedem dni. Ba, gentleman światły i  oczytany znał nawet dokładną datę:stało się to w sobotę 22 października roku 4004 przed Chrystusem, o ósmej wieczorem. To był fakt absolutnie nie podlegający kwestii, albowiem wielebny James Ussher, arcybiskup Armagh, wszystko rzetelnie i akuratnie wykalkulował (The Annals of the World; 1658). Według stylu juliańskiego, rzecz jasna, bowiem papistowska herezja zwana kalendarzem gregoriańskim, przyjęła się w Anglii dopiero jakieś 100 lat później. Co prawda John Lightfood,wicekanclerz z Cambridge utrzymywał,że było to w niedzielę 23października o dziewiątej rano (Afew and new Observations uponthe Book of Genesis; 1642), ale nikt nie miał wątpliwości, że już10 listopada tegoż roku Adami Ewa baraszkowali w Edenie. Nagle ten rajski pejzażyk nieco poszarzał. W roku 1856, na trzy lata przed ukazaniem się dzieła O pochodzeniu gatunków, niejaki Johann Karl Fuhlrott, nauczycieli archeolog amator, natrafił w Neanderthal w pobliżu Düsseldorfu na ludzkie kości tak dziwne, że wysłał je do zbadania Hermannowi Schaaffhausenowi, profesorowi anatomii z uniwersytetu w Bonn. Ten zaś uznał, że są to szczątki przedstawiciela nieznanego dotychczas gatunku, różnego od człowieka współczesnego. Obaj panowie wspólnie ogłosili odkrycie w 1857 roku. Początkowo zrobiło się dziwnie, ale szybko nadeszła odsiecz. Luminarze nauki pod wodzą samego „ojca patologii” profesora Rudolfa Virchowa, przedstawili wyjaśnienie zgodne z wszelkimi regułami sztuki i brzytwą Ockhama. Reasumując: miał to być szkielet chorego na artretyzm i krzywicę Kozaka („zdeformowane” kości, beczkowate nogi), który oberwał w łeb (płaskie czoło!) i miał czelność paść w romantycznej dolinie Neandra podczas wojen Napoleońskich. Z upływem czasu, pod presją następnych odkryć, uczeni zaczęli się powoli oswajać z istnieniem Homo neanderthalensis i ewolucją człowieka. Kiedy jednak Darwin opublikował książkę The dscsend of Man, andSelection in Relation to Sex (1871)w której wysunął przypuszczenie, że goryle, szympansy i ludzie mają wspólnego przodka wywodzącego się z Afryki, zawrzało. Gentleman wywodzący się od małpy z Afryki? Nonsens! Zaczęło się wielkie polowanie na takie „brakujące ogniwo”, którego nie trzeba się wstydzić. Neandertalczyk odpadał, miał w prawdzie właściwą, europejską proweniencję, był jednak zbyt „ludzki”. I oto w 1912 roku archeolog amator Charles Dawson w czasie remontu drogi w Piltdown (hrabstwo Sussex) natrafił na fragmenty czaszki hominida, który pasował wręcz idealne: miał dużą puszkę mózgową, małpią żuchwę i zęby, no i był Brytyjczykiem! Człowiek z Piltdown, jak go nazwano, został uznany przez kwiat brytyjskiej antropologii z przewodniczącym Geological Society sir Arthurem Smith Woodwardem na czele, który osobiście znalezisko opisał i nadał mu nazwę Eoanthropus dawsoni. Królowa Wiktoria, biedaczka, nie dożyła tego tryumfu Brytanii. Może to i lepiej, bowiem czaszkę sfabrykowano, wykorzystując średniowieczny czerep człowieka z Ziemi Ognistej, kilkusetletnią żuchwę orangutana z Borneo oraz zęby kopalnego szympansa. Wszystko zostało pięknie opiłowane i dopasowane, zaś marynata z chromianu żelaza przydała całości szlachetnej patyny. Gentleman’s z Geological Society byli do tego stopnia zaślepieni dumą i uprzedzeniami, że mimo pojawiających się wątpliwości, nie tylko zamknęli obcym dostęp do kości „pierwszego Brytyjczyka”,lecz nawet obłożyli ekskomuniką Raymonda Darta, australijskiego anatoma i antropologa wykładającego w Johannesburgu, który w 1924 rok u  Południowej Afryce odkrył prawdziwe brakujące ogniwo: czaszkę przedstawiciela gatunku Australopithecusafricanus. Dart doczekał się uznania dopiero po 40 latach, kiedy prominentni promotorzy człowieka z Piltdown przenieśli się na łono Abrahama. W 1953 roku oficjalnie przyznano, że „znalezisko” było oszustwem,zaś cała ta afera okazała się największym naukowym kantem wszechczasów. Brytyjskim, może jednak byłby to jakiś powód do dumy dla JKM? Życzę Państwu Wesołych Świąt i smakowitych jaj!

ZM



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Influencerka

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie taka oto informacja: „nasza 15-letnia córka całkiem nieźle się urządziła, jest influencerką, ma 160 tys. followersów i od samych tylko firm kosmetycznych co tydzień dostaje parotysięczne prezenty, byle by tylko tą, a nie inną szminką przed kamerką usmarowała sobie usta". Zacząłem drążyć temat i okazało się, że aby dziś stać się autorytetem dla 160 tysięcy nastolatków, należy najpierw przez parę lat coś trenować, na przykład taniec albo pływanie, a gdy już się znudzi, zacząć gwałtownie odrabiać zaległości imprezowe, by wreszcie z pomocą rodziców przestać ćpać i skończyć szkołę podstawową - podziwu godny sukces!!!

Czysta Wisła - Why Not

Pandemia pokazała jasno, jak negatywny wpływ na planetę ma globalna gospodarka. Przyszedł czas walki o poprawę warunków naszego wspólnego środowiska naturalnego. Jako Fundacja Why Not chcemy aktywnie się w nią włączyć. Stąd projekt związany z Wisłą, największą dziką (nieuregulowaną) rzeką w Europie. Najwyższy czas, by rozpocząć systematyczne działania, dążące do poprawy czystości jej wód. 

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Andrzej Woźnica

Celem wyprawy było przyjrzenie się całej Wiśle i zebranie danych na temat jakości i ilości wód na całym jej przebiegu. Obecnie woda z rzeki jest pobierana i badana tylko w ok. 20 stałych punktach, ale my w trakcie spływu, w ramach akcji „Czysta Wisła – Why Not”, analizowaliśmy ją co kilometr na jej całej ok. 1000-kilometrowej długości. Już po przepłynięciu pierwszych odcinków naukowcy zauważyli sterty śmieci. Zaobserwowaliśmy niesamowitą ilość plastiku wyrzuconego w różnych miejscach. ♦

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Damian Absalon

Nasze badania są unikatowe, ponieważ jesteśmy w stanie zatrzymać rzekę w jednym kadrze, w krótkim czasie. Ich idea jest taka, że chcemy pokazać hot spoty, czyli miejsca najbardziej zagrożone i zanieczyszczone. Czasami na punktach monitoringowych nie widać, kto jest odpowiedzialny za to, że na danym odcinku rzeki jakość wody jest taka kiepska. ♦ 

Czysta Wisła - Why Not - Agnieszka Sotoła

Akcja „Czysta Wisła - Why Not” od razu mnie zainteresowała. Czemu? Po okresie pandemicznej izolacji wreszcie coś się dzieje, mamy szansę na spotkania towarzyskie, a ja lubię ludzi! Do tego bliska mi jest kwestia ochrony środowiska i jestem przekonana, że trzeba o tym mówić głośno i na wiele sposobów. Aneta Sotoła była uprzejma stworzyć ze mną team, nie tylko rodzinny i zawodowy, ale też kajakowy. W oczekiwaniu na godzinę „zero” przyglądałyśmy się prognozie pogody — pełne optymizmu, bo w końcu poniedziałek był skąpany w słońcu. O 3:30 ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika, otworzyłam oczy i byłam pewna, że śnię. Strugi deszczu za oknem i pytanie — co dalej... Kawa i decyzja. Mamy plan, działamy! I tak w ulewnym deszczu, zaczynając po godz. 4 (dodam w nocy!), przepłynęłyśmy najdłuższy odcinek — 27 km. Było fantastycznie i piszemy się na kolejne takie lub inne akcje! ♦