Refleksje przedświąteczne

Autor: Zbigniew Mazgaj

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 3/19/2006

Wielce Szanowni Państwo!

Dobiega nam końca rok 2006. I nie sposób nie wspomnieć, że w tym roku minęło 25 lat od pewnego wydarzenia, które wprawdzie nikim ani niczym nie wstrząsnęło, ale radykalnie zmieniło świat w którym żyjemy. Otóż 12 sierpnia 1981 roku firma International Bussiness Machines zaprezentowała po raz pierwszy komputer IBM model 5150, powszechnie znany pod nazwą IBM PC, czyli IBM Personal Computer. I chociaż nie był to ani pierwszy, ani najlepszy komputer osobisty na rynku w owym czasie, to jednak od tego momentu rozpoczął się tryumfalny pochód pecetów przez świat ze wszystkimi konsekwencjami (nawet Polacy ukuli „peceta”).

A oto jak i dlaczego do tego doszło:

Po pierwsze: dotychczas komputery osobiste były produkowane przez firmy „garażowe”, jakich tysiące powstało w Dolinie Krzemowej w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Świat nauki i biznesu traktował je jednak z nieufnością i omijał szerokim łukiem, uIBM 5150ważając za zabawki dla hobbystów. Sytuacja zmieniła się kiedy komputer osobisty zaoferowała największa wówczas na świecie (dzisiaj zresztą też) firma w branży IT. Nastąpił „przełom psychologiczny” i to na prawdziwie amerykańską skalę: w ciągu 4 lat obroty działu sprzedaży IBM PC wzrosły od zera do 4,5 miliarda dolarów rocznie! Konkurencja leży na deskach, a popyt wciąż rośnie...

Po drugie: IBM PC od początku został zaprojektowany jako konstrukcja modularna o otwartej architekturze. Składa się on z płyty głównej na której znajdują się podstawki służące do zamontowania procesora i pamięci, oraz złącza przeznaczone do instalowania tzw. kart rozszerzających mogących pełnić dowolne funkcje: mamy do wyboru karty graficzne, dźwiękowe, kontrolery dysków, modemy, tunery TV, itd... Oznacza to, że producent wytwarza standardowe klocki z których użytkownik może poskładać komputer swoich marzeń. W efekcie koszty produkcji lecą na pysk i ceny spadają. A popyt rośnie...

Po trzecie: architektura IBM PC pozwoliła na łatwe przeniesienie oprogramowania z popularnego wówczas w środowiskach uniwersyteckich systemu CP/M. Oznaczało to że nie trzeba przepisywać używanych już programów (w tamtych czasach na uniwersytetach pisano programy na własne potrzeby). A skoro IBM'a PC używają amerykańskie uniwersytety, to nadaje się również dla amerykańskiego biznesu... I znów popyt rośnie...

Po czwarte: firma IBM nieodpłatnie udostępniła dokumentację techniczną PC wszystkim zainteresowanym (no, prawie wszystkim, nie dotyczyło to między innymi państw objętych restrykcjami COCOM po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce). Natychmiast powstały tysiące niezależnych producentów (głównie na Dalekim Wschodzie) płyt głównych, kart rozszerzających, pamięci, procesorów, drukarek, monitorów, dysków, i wszelkich akcesoriów. Pojawiła się silna konkurencja, ceny spadły. I popyt znów wzrósł...

Po piąte: po kilku latach architektura IBM PC stała się standardem de facto na rynku komputerów osobistych (dzisiaj stanowi ponad 90% rynku). W rezultacie pojawił się olbrzymi popyt na oprogramowanie do najróżnorodniejszych zastosowań (wielka kariera firmy Microsoft rozpoczęła się od podpisania umowy z IBM na dostarczanie systemu operacyjnego, wówczas nazywającego się PC-DOS). Rzecz jasna pojawiło się wielu konkurujących producentów oprogramowania, ceny spadły, obszar zastosowań pecetów rozszerzył się. I popyt wzrósł...

Po szóste: w ciągu tych 25 lat wydajność pecetów wzrosła tysiące razy, zaś pojemność ich pamięci blisko milion razy, co otwarło przed nimi nowe obszary zastosowań. Stało się to możliwe dzięki niesamowitemu wręcz rozwojowi technologii w dziedzinach takich jak elektronika, produkcja układów scalonych (procesory, pamięci), optyka i lasery półprzewodnikowe (pamięci optyczne), mikro-mechanika (dyski sztywne i optyczne), chemia i inżynieria materiałowa (dyski optyczne i sztywne, układy scalone), i tak można wyliczać bez końca. Zaś jednym z głównych, jeżeli nie głównym, motorem tego rozwoju stał się... popyt na pecety. A on wciąż rośnie...

Może zabrzmi to nieco patetycznie, ale uważam że bez standardu wymuszonego przez IBM PC nie mielibyśmy dzisiaj tanich telefonów komórkowych, palmtopów, laptopów, nawigacji satelitarnej dla każdego, fotografii cyfrowej, telewizji HD i mnóstwa innych gadżetów, zaś w biurach nadal używalibyśmy maszyn do pisania (kto dziś pamięta poczciwą Ericę?) a rachowalibyśmy na kalkulatorkach...

Internet nadal byłby siecią uniwersytecką, a my nie mielibyśmy dostępu do e-mail'i, zasobów WWW, e-encyklopedii, e-słowników, e-sklepów, usług online, homebankingu, itd...

Zaś medycyna nie otrzymałaby nowych, skomputeryzowanych metod diagnostycznych i terapeutycznych, ale o tym sami Państwo najlepiej wiecie...

A zatem, składając sobie życzenia świąteczne, wspomnijmy ciepło niepozornego jubilata IBM model 5150, ksywa PC.

Chapeau bas!



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Odra - temat tabu?

FUNDACJA WHY NOT to grupa osób, która od listopada 2020 roku chce w sposób zorganizowany nieść POMOC, nieograniczoną szablonami, układami, granicami, przyzwyczajeniami. Rok 2020 był zaskakujący, zmieniający świat i społeczeństwa. Wirus SARS-CoV-2 szalał z niespotykaną siłą, dewastując życie na całym świecie. Rok 2022 to rozpoczęcie militarnej napaści na Ukrainę wywołującej ogólnoświatowy kryzys energetyczny. Nie zapominamy o ciągłym niszczeniu środowiska naturalnego przez rozwijający się przemysł. Chcemy POMAGAĆ! Wiemy, że tej pomocy będzie potrzebował niejeden z nas, a także środowisko naturalne. Dlatego w tym artykule chciałbym się skupić na naszych projektach środowiskowych. To, że ochrona środowiska naturalnego w Polsce jest tematem ze wszech miar trudnym, wie każdy z nas. Odczuwamy to na „własnej skórze”. Moim zdaniem, powodów takiego stanu jest mnóstwo: brak pomysłu na czystą Polskę, brak realnych programów ochrony środowiska naturalnego, rabunkowa gospodarka wydobywcza, słabo kontrolowany rozwój przemysłu, brutalna wycinka drzew (nawet w parkach narodowych), populizm, brak środków finansowych na ochronę środowiska (ale, czy na pewno?). Można by tak wymieniać bez końca…

Człowiek renesansu, dżentelmen polskiej okulistyki. Wspomnienie prof. Józefa Kałużnego

Krzysztof Smolarski: Profesor Tadeusz Krwawicz ma swoją ulicę w Lublinie, a ostatnio skwerem uhonorowano, jako chyba drugiego w historii, polskiego okulistę prof. Józefa Kałużnego. To znaczy, że Ojciec był w Bydgoszczy ważną osobą i to nie tylko przez wzgląd na okulistykę.
Bartłomiej Kałużny: To prawda. Myślę, że duże znaczenie miało też to, że był mocno zaangażowany w rozwój Collegium Medicum im. Ludwika Rydygiera (wtedy Akademii Medycznej) w Bydgoszczy. W uczelni pełnił funkcje prodziekana, później dziekana, aż w końcu przez dwie kadencje był rektorem. Z pewnością z punktu widzenia miasta była to bardzo ważna część działalności. Druga rzecz, to fakt, że Ojciec był niewątpliwie osobą towarzyską i lubianą. Nadal wielu Jego dawnych kolegów i przyjaciół pełni różne funkcje w mieście i działa na bydgoskich uczelniach. 

Mam krew w głowie. Cykl felietonów

Mam krew w głowie. Tak o tym mówię. Na co moja terapeutka: „Co pan opowiada – wszyscy mają krew w głowie. Proszę mówić, mam krwiaka. To robi wrażenie.” Tak. Po wylewie – mój był krwotoczny – mam krew w głowie. To znaczy mam krwiaka. Byłem już dwa razy na tomografii i on tam dalej jest. Na razie się nie zmniejsza. Nie mogę latać samolotem, jeździć na nartach, ani chodzić po górach. Czyli z przyjemności została mi jazda samochodem (całe szczęście!). Jak napisałem powyżej mam terapeutkę, jeszcze mam logopedkę i chodzę czasami do psychiatry. Czyli zamiast latania samolotem mam terapeutkę, zamiast jazdy na nartach mam logopedkę, a zamiast chodzenia po górach mam wizyty u psychiatry. 

Nasz brat kryzys… Cykl felietonów

W czasach PRL-u, czyli wieki temu, był taki szkolny żart, od którego mój nauczyciel historii lubił zaczynać odpytywanie: w Egipcie było dwóch braci, jeden Ramzes, drugi Kryzys. Ramzes umarł, Kryzys żyje – kończył, a ironiczny (choć i dobrotliwy) uśmiech zapowiadał, że to jednak nie koniec. Klasa w ryk, ale śmiech urywał się, kiedy jakiś nieszczęśnik usłyszał swoje nazwisko i musiał się gimnastykować. A jak łatwo się domyślić ten prawdziwy, peerelowski kryzys nie robił sobie nic ani z naszych śmiechów, ani z męki przepytywanych. W tamtych czasach kryzys wydawał się zjawiskiem (niczym Lenin) „wiecznie żywym”. 

Wielce Szanowni Państwo!

W czasach PRL-u, czyli wieki temu, był taki szkolny żart, od którego mój nauczyciel historii lubił zaczynać odpytywanie: w Egipcie było dwóch braci, jeden Ramzes, drugi Kryzys. Ramzes umarł, Kryzys żyje – kończył, a ironiczny (choć i dobrotliwy) uśmiech zapowiadał, że to jednak nie koniec. Klasa w ryk, ale śmiech urywał się, kiedy jakiś nieszczęśnik usłyszał swoje nazwisko i musiał się gimnastykować. A jak łatwo się domyślić ten prawdziwy, peerelowski kryzys nie robił sobie nic ani z naszych śmiechów, ani z męki przepytywanych. W tamtych czasach kryzys wydawał się zjawiskiem (niczym Lenin) „wiecznie żywym”.