Skąd Bereś w Kopalni Wieliczka?

Autor: Witold Bereś

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 4/46/2013

Pozornie o Kopalni Soli w Wieliczce wiemy wszystko – piękne wnętrza, dumna natura, burzliwa historia. Że zabytek skali świa­towej. Że najczęściej odwiedzane w Polsce turystyczne miejsce. Że bankiety i zdrowe powietrze. Ale nie czarujmy się – patrzymy na tę kopalnię jednak dosyć stereotypowo. Dlaczego? Bo do kopalni soli w Wieliczce każdy jedzie zwykle dwa razy w życiu: pierwszy raz jako dzieciak, drugi – jako dziadek z wnukiem. To zrozumiałe, bo kopalnia ma przede wszystkim wizerunek wiel­kiego, bajkowego skarbu. A jak bajki i skarb – to dzieci.

Tymczasem na to miejsce można patrzeć również z innej per­spektywy – zaciekawionych Polską dorosłych. Bo kopalnia soli w Wieliczce jest niezwykłym punktem nie tylko dla dziecia­ków i obcokrajowców. I nie tylko znakomite przedsiębiorstwo turystyczno-rozrywkowe. Jest coś jeszcze, co może skłonić do częstszych odwiedzin: historia. Bo kopalnia soli (czy, piękniej mówiąc, wielicka żupa) to miejsce niezwykłe poprzez histo­rię. I nie tylko o historię jej samej. Rzecz w losach dwóch miast z sobą silnie związanych – Wieliczki i Krakowa (jak to pisano w XIX-wiecznym podręczniku brytyjskim: „...nieopodal Wieliczki leży królewskie miasto Kraków”), w losach regionu (Galicji, Ma­łopolski), Polski czy – wręcz – Europy.

Średniowieczna żupa to fundament siły Polski odbudowywanej po rozbiciu dzielnicowym. Żupa w wieku XVI i XVII to miejsce, gdzie na soli rosną największe fortuny Rzeczpospolitej Obojga Narodów. A sama ówczesna Wieliczka to takie Klondike z epoki gorączki złota -przemoc, kradzieże, napady, kobiety lekkich obyczajów i karczmy. Koniec Polski przedrozbiorowej oznacza również zwolna upadek kopalni i miasta. Za to czasy austriackich zaborów to już saliny również jako miejsce turystyczne, do którego pielgrzymuje cała Europa. W historii tej żupy i toczącego się wokół niej świata, niczym w retorcie śre­dniowiecznego alchemika poszukującego kamienia filozoficz­nego, możemy znaleźć wszystkie ingrediencje esencji polskich losów, z polską wielkością i małością włącznie. Lub, jak kto woli, wszystkie elementy scenariusza filmu płaszcza i szpady ze zło­tem, przemocą i seksem. A w tle zawsze jest to, co dla kopalni najistotniejsze: sól...

To wielickie białe złoto jest siłą sprawczą wielkich decyzji, jak i drobnych ruchów politycznych. Inspirację dla wielkich ambi­cji, ale i źródłem pychy. Pożywką dla najmocniejszych ludzkich emocji: chciwości, zazdrości, nienawiści, ale też solidarności i miłości. Więc taką historię soli warto przypominać, by odkryć jeszcze jeden powód podróży do współczesnej Wieliczki: cie­kawość dawnych czasów. Historie, które są opisane w książce pt. „Opowieści szelmowskie -O wieliczce i soli dla dorosłych” są opowiadaniami historycznymi. Opowiadaniami, a zatem fikcją, w której spotykają się ludzie, którzy tak naprawdę się nie spotkali. Jednak z tego, że opowiadania te są efektem zmyślenia nie znaczy, że są nieprawdziwe: szczegóły, kontekst, a nawet cytowane dokumenty są jak najprawdziwsze.

Ale najważniejsze o czym się dziś zapomina, myśląc: kopalnia w Wieliczce, to fakt, iż jest to miejsce żywe. Tętniące emocjami. Ludźmi, którzy tu wspaniale pracują, dbając o ów zabytek. Ale i milionami turystów, którzy wnoszą tu także swój świat. I wszyscy tym miejscem są oczarowani. Bo jest to miej­sce, w którym można się za­kochać. I to nie tylko w sensie miejsca, ale i w sensie ludzi, których tu można spotkać.

Ba, można zakochać się w Bieliczce – Białej Damie? Do czego Autor niniejszym serdecznie namawia :).

 

Opowieści Szelmowskie

 



Ostatnio opublikowane artykuły w kategorii Kultura i nauka:

Influencerka

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie taka oto informacja: „nasza 15-letnia córka całkiem nieźle się urządziła, jest influencerką, ma 160 tys. followersów i od samych tylko firm kosmetycznych co tydzień dostaje parotysięczne prezenty, byle by tylko tą, a nie inną szminką przed kamerką usmarowała sobie usta". Zacząłem drążyć temat i okazało się, że aby dziś stać się autorytetem dla 160 tysięcy nastolatków, należy najpierw przez parę lat coś trenować, na przykład taniec albo pływanie, a gdy już się znudzi, zacząć gwałtownie odrabiać zaległości imprezowe, by wreszcie z pomocą rodziców przestać ćpać i skończyć szkołę podstawową - podziwu godny sukces!!!

Czysta Wisła - Why Not

Pandemia pokazała jasno, jak negatywny wpływ na planetę ma globalna gospodarka. Przyszedł czas walki o poprawę warunków naszego wspólnego środowiska naturalnego. Jako Fundacja Why Not chcemy aktywnie się w nią włączyć. Stąd projekt związany z Wisłą, największą dziką (nieuregulowaną) rzeką w Europie. Najwyższy czas, by rozpocząć systematyczne działania, dążące do poprawy czystości jej wód. 

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Andrzej Woźnica

Celem wyprawy było przyjrzenie się całej Wiśle i zebranie danych na temat jakości i ilości wód na całym jej przebiegu. Obecnie woda z rzeki jest pobierana i badana tylko w ok. 20 stałych punktach, ale my w trakcie spływu, w ramach akcji „Czysta Wisła – Why Not”, analizowaliśmy ją co kilometr na jej całej ok. 1000-kilometrowej długości. Już po przepłynięciu pierwszych odcinków naukowcy zauważyli sterty śmieci. Zaobserwowaliśmy niesamowitą ilość plastiku wyrzuconego w różnych miejscach. ♦

Czysta Wisła - Why Not - Dr hab. Damian Absalon

Nasze badania są unikatowe, ponieważ jesteśmy w stanie zatrzymać rzekę w jednym kadrze, w krótkim czasie. Ich idea jest taka, że chcemy pokazać hot spoty, czyli miejsca najbardziej zagrożone i zanieczyszczone. Czasami na punktach monitoringowych nie widać, kto jest odpowiedzialny za to, że na danym odcinku rzeki jakość wody jest taka kiepska. ♦ 

Czysta Wisła - Why Not - Agnieszka Sotoła

Akcja „Czysta Wisła - Why Not” od razu mnie zainteresowała. Czemu? Po okresie pandemicznej izolacji wreszcie coś się dzieje, mamy szansę na spotkania towarzyskie, a ja lubię ludzi! Do tego bliska mi jest kwestia ochrony środowiska i jestem przekonana, że trzeba o tym mówić głośno i na wiele sposobów. Aneta Sotoła była uprzejma stworzyć ze mną team, nie tylko rodzinny i zawodowy, ale też kajakowy. W oczekiwaniu na godzinę „zero” przyglądałyśmy się prognozie pogody — pełne optymizmu, bo w końcu poniedziałek był skąpany w słońcu. O 3:30 ze snu wyrwał mnie dźwięk budzika, otworzyłam oczy i byłam pewna, że śnię. Strugi deszczu za oknem i pytanie — co dalej... Kawa i decyzja. Mamy plan, działamy! I tak w ulewnym deszczu, zaczynając po godz. 4 (dodam w nocy!), przepłynęłyśmy najdłuższy odcinek — 27 km. Było fantastycznie i piszemy się na kolejne takie lub inne akcje! ♦