Sytuacja bezpieczeństwa w rejonie Pacyfiku – hipotetyczna koncepcja bitwy morsko-powietrznej na Morzu Chińskim

Autor: gen. Mieczysław Bieniek

Kategoria: Kultura i nauka Artykuł opublikowano w CX News nr 2/68/2020

Przyzwyczailiśmy się do pojedynczych sygnałów z rejonu Azji i Pacyfiku, które wskazują na postępujący wyścig zbrojeń i przede wszystkim narastanie swoistej masy krytycznej w relacjach Chin z innymi państwami, oczywiście na czele ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak, obecnie ich ilość nakazuje mieć wysoce wyczulone spojrzenie, szczególnie w efekcie pandemii koronawirusa .

W coraz mniejszym stopniu można wykluczyć konflikt w przestrzeni indopacyficznej w najbliższej dekadzie. Historia w Azji i na Pacyfiku nie skończyła się, wręcz przeciwnie ona na naszych oczach wręcz wrzuciła kolejny bieg.

Jak stwierdzIłem na samym wstępie, pokaz lub pokazy sił w rejonie indopacyficznym stają się czymś zupełnie naturalnym, chociaż akurat słowo naturalny w wymiarze relacji państw regionu z Chinami nabiera zupełnie innego znaczenia. Wystarczy nadmienić, że Amerykanie testują kryzysowy zrzut spadochroniarzy na wyspę Guam, dwie lotniskowcowe grupy bojowe US Navy (USS Nimitz oraz USS Reagan) ćwiczą wspólnie działania na Morzu Filipińskim, a amerykański Senat wysyła sygnały o możliwości włączenia Republiki Chińskiej na Tajwanie do największych morskich ćwiczeń RIMPAC.

Przy czym, Pekin nie zamierza pokazywać w żadnym razie postawy defensywnej i ogłasza ćwiczenia morskie w rejonie spornych wysp Paracelskich, nie zapominając równocześnie o swoim tlącym się sporze granicznym z Indiami. Nie może tym samym zaskakiwać, że Australia przestaje udawać, że architektura bezpieczeństwa w regionie jest stabilna i ogłasza jedne z największych zbrojeń w historii tego państwa. Podczas gdy Europa spogląda na relacje ze Stanami Zjednoczonymi czy też Rosją, to raczej z Azji płyną wysoce niepokojące sygnały i to w żadnym razie nie związane z pandemią koronawirusa.

Ponad 400 amerykańskich spadochroniarzy spakowało swoje wyposażenie, wsiadło do samolotów transportowych i przeleciało ponad 7600 km, żeby desantować się w rejonie Pacyfiku. Ćwiczenia miały pokazać gotowość do wzmocnienia desantem spadochronowym amerykańskich wojsk dyslokowanych do strategicznie istotnego dla Waszyngtonu regionu świata. Baza lotnicza na Guam pełni nadal rolę swoistego niezatapialnego lotniskowca Stanów Zjednoczonych, wykorzystywanego do czasowych dyslokacji chociażby bombowców strategicznych. Wspomniane maszyny bombowe (np. B-1B Lancer) wcześniej stacjonowały tam na stałe, jednakże od pewnego czasu, aby również one miały większą elastyczność działania i zaskoczenia, są skomasowane w Stanach Zjednoczonych i w zależności potrzeb operacyjnych w danym momencie przylatują na Guam.

Dowódcy z zaangażowanej w ćwiczenia jednostki mieli ograniczony czas do przygotowania swojego zrzutu oraz przeprowadzenia zakładanych scenariuszy po wylądowaniu. Wszystko po to, żeby przećwiczyć zdolność do szybkiej reakcji i umiejętności elastycznego dostosowania się do warunków w przypadku konfliktu zbrojnego.

Co więcej, jest to oczywiście również czytelny sygnał wobec Chin (po części również, przynajmniej propagandowo wobec Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokartycznej), które dla władz w Waszyngtonie są obecnie priorytetowym punktem odniesienia w przypadku polityki, obronności oraz kwestii ekonomicznych.

Gdy spadochroniarze ćwiczyli zajmowanie wyspiarskiej infrastruktury opanowanej przez przeciwnika, na wodach Morza Filipińskiego trwały połączone ćwiczenia dwóch grup lotniskowcowych. US Navy ujawniło, że chodzi o zespoły USS Reagan oraz USS Nimitz, które mają przeprowadzać skoordynowane operacje znajdując się na wodach międzynarodowych. Celem ma być podnoszenie poziomu współpracy obu zespołów morsko-lotniczych, ale również sygnalizacja, że Stany Zjednoczone będą chroniły region przed wszelkimi możliwymi próbami ograniczenia swobody żeglugi i naruszania obecnych międzynarodowych standardów.

Każda grupa składa się oprócz z samego lotniskowca również z jednostek eskorty – w przypadku USS Nimitz jest to krążownik rakietowy USS Princeton oraz niszczyciele USS Sterett oraz USS Ralph Johnson; a w przypadku USS Ronald Reagan jest to krążownik USS Antietam oraz niszczyciel USS Mustin. O skali obecnej komasacji sił i środków, w przypadku lotniskowcowych grup bojowych, świadczy fakt, iż w rejonie jest jeszcze przecież USS Theodore Roosevelt. Zarówno strona amerykańska, ale też oficjalne źródła chińskie, zauważają, że fakt obecności trzech lotniskowców w regionie jest odnotowany po raz pierwszy od 2017 r. Przy czym, należy pamiętać, że w ogniu pandemii koronawirusa na amerykańskim lotniskowcu, to Chiny również przeprowadziły wspólne ćwiczenia dwóch swoich jednostek podobnej klasy – Liaoning i Szantung - w pobliżu Tajwanu.

Jak zostało wskazane, strona chińska nie pozostaje w żadnym razie bierna. Aktywność wojskowa Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej jest obserwowana od granicy z Indiami, poprzez kolejne loty samolotów bojowych w pobliżu Tajwanu, a na obecnych ćwiczeniach w pobliżu Wysp Paracelskich (Hoang Sa) kończąc. W środę miały zostać zapoczątkowane pięciodniowe manewry morskie chińskiej floty (1-5 lipca), które ogłosiła wcześniej administracja odpowiadająca za bezpieczeństwo morskie na chińskim Hajnanie.

Forma ogłoszenia oraz wskazanie rejonu ćwiczeń morskich (narzucenie obszarów wyłączonych pod ćwiczenia) stała się kością niezgody z władzami Wietnamu. Szczególnie, że obawia się on narzucenia chińskiego zwierzchnictwa nad obszarem Morza Południowochińskiego, do którego prawa roszczą sobie również Wietnamczycy. Tak czy inaczej, Chińczycy mieli skoncentrować znaczne siły morskie we wskazanym rejonie.

Na razie strona chińska raczej nie chwali się zbyt wylewnie skalą i zakresem uczestnictwa konkretnych jednostek pływających w ćwiczeniach, ale Wietnamczycy realnie zastanawiają się czy przypadkiem chińskie lotniskowce i ich lotnicze zespoły uderzeniowe nie zawitają w ich rejon. Bardziej dokładniejsze sugestie mają za to płynąć od Amerykanów, którzy wskazują, iż strona chińska szykuje się raczej to skoncentrowania uwagi na testach pocisków przeciwokrętowych.

Konkludując, narasta nie tyle incydentalna wrogość, ale raczej mowa jest o wejściu na kurs kolizyjny wynikający z naturalnych elementów rozwoju interesów chińskich oraz reakcji na nie ze strony szeregu państw. Państw, które czują się zagrożone postępującym wzrastaniem potęgi Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej, wspieranej przez równie jej dynamicznie rosnący w siłę wywiad globalny. Amerykanie zmienili swoja postawe i zareagowali na chińskie aspiracje.

Tym samym, stają się naturalnym punktem odniesienia dla innych, co może i zapewne będzie rodziło przewartościowania w zakresie sojuszy, koalicji, etc. Jednego możemy być pewni, przemysł zbrojeniowy zarobi na przestrzeni indopacyficznej niezależnie od efektu COVID19. Zaś w Europie winniśmy szerzej otworzyć się na bardziej dokładną obserwację (już obecną oczywiście w przestrzeni badawczej szeregu think-tanków) rzeczywistości tego regionu świata, który dotychczas nie stanowił priorytetu (porównując do Rosji, a nawet Afryki). 

W tym kontekście w strategii USA pojawia sie coraz częściej koncepcja bitwy powietrzno-morskiej jako przeciwstawienie sie rosnącej potęgi Chin i jej koncepcji A2AD - Anty Access Area Denial. Oto jak prawdopodobnie wyglądałaby wojna Chin i USA.

Od kilku lat w amerykańskich opracowaniach na temat rozwoju chińskich zdolności militarnych pojawia się pojęcie „strategia antydostępowa”. Polega ona na pozbawieniu przeciwnika możliwo­ści dotarcia do stałych elementów infrastruktury wojskowej (takich jak wysunięte bazy) czy też rozmieszczenia wojsk na teatrze działań. Równolegle funkcjonuje także termin „odmowy dostę­pu do obszaru” (area denial), co oznacza uniemożliwienie drugiej stronie operowania siłami już rozmieszczonymi i stwarzania zagrożenia dla celów ruchomych (głównie okrętów). Rozwój tego rodzaju zdolności jest dla Stanów Zjednoczonych jeśli nie zagrożeniem, to co najmniej poważnym wyzwaniem. Odpowiedzią supermocarstwa ma być koncepcja bitwy powietrzno-morskiej, inte­grującej działania US Navy i US Air Force oraz Marines i Speciall Forces.

Hipotetyczne zagrożenie

Gdy w latach 1995 i 1996 doszło do sytuacji kryzysowych związanych z Tajwanem, nazywanym na kontynencie zbuntowaną chińską prowincją Tajpej, Stany Zjednoczone wysłały w ten rejon dwie lotniskowcowe grupy bojowe. Demonstracja siły na morzu mocno ostudziła konfrontacyjne zapędy komunistycznych władz.

Ta bolesna i bez wątpienia odebrana jako upokarzająca lekcja skłoniła Chińską Republikę Lu­dową do skoncentrowania się na rozwoju morskich sił zbrojnych, w tym także asymetrycznych systemów uzbrojenia i taktyk działania. Aby ograniczyć lub wręcz uniemożliwić działania US Navy, Chiny nie potrzebują jedenastu lotniskowcowych grup bojowych, muszą jednak znacząco zwiększyć polityczne i militarne koszty zaangażowania.

Temu właśnie ma służyć flota ponad pięćdziesięciu konwencjonalnych i nuklearnych okrętów podwodnych, w większości wyposażonych w rakiety przeciwokrętowe, a także rakiety balistycz­ne zdolne do rażenia lotniskowców, nowoczesne niszczyciele i fregaty rakietowe, myśliwce oraz bombowce uzbrojone w pociski Cruise. Chińczycy mają również rozbudowaną wzdłuż wybrzeży kraju sieć obrony powietrznej, około tysiąca dwustu rakiet krótkiego zasięgu, w większości sku­pionych w rejonie Cieśniny Tajwańskiej oraz przeszło setkę pocisków średniego zasięgu. Mogą one razić cele w Japonii, Korei czy na Guam, gdzie znajdują się bazy USA.

Amerykańska obecność na obszarze zachodniego Pacyfiku opiera się na istnieniu kilku kluczo­wych baz oraz sojuszach z Japonią i Republiką Korei. Nie ma jednak możliwości wejścia w głąb lądu, którą w niewielkim tylko stopniu zapewniają północne obszary Japonii i Australii. Wyłącze­nie z rozgrywki takich baz, jak Kadena, Misawa, Sasebo, Osan czy Kunsan, wypchnęłoby Ame­rykanów poza tak zwaną pierwszą linię wysp. Jeśli doszłoby także do zniszczenia baz lotnictwa i floty na Guam, US Navy straciłaby całkowicie zaplecze logistyczne i wsparcie US Air Force w regionie. Jej zdolności działania zostałyby poważnie ograniczone, zwłaszcza gdyby Chińczycy zdecydowali się na podjęcie akcji przeciwko amerykańskim satelitom i na cybernetyczne ataki na sieci C4ISR (sieci; komputerowe, dowodzenia, łączności, rozpoznania i wskazywania celów) . Nie ma znaczenia, w jakim stopniu ten scenariusz jest realny. Aby pozostać wiarygodnym graczem, supermocarstwo musi wziąć pod uwagę wszystkie warianty rozwoju wydarzeń.

Prace nad koncepcją bitwy powietrzno-morskiej ruszyły we wrześniu 2009 roku po podpisaniu wstępnego porozumienia pomiędzy zainteresowanymi rodzajami sił zbrojnych. Usankcjonował je niejako czteroletni przegląd obronny z 2010 roku, w którym zalecano opracowanie wytycznych określających, jak pokonać przeciwnika, zwłaszcza uzbrojonego w zaawansowane technologicz­nie systemy „antydostępowe”. Koncepcja ta ma wskazać, w jaki sposób lotnictwo i marynarka powinny zintegrować działania w powietrzu, na morzu i lądzie, w przestrzeni kosmicznej i cyber­przestrzeni, aby utrzymać (a w razie potrzeby przywrócić) swobodę działania amerykańskich sił rozmieszczonych na obszarze zachodniego Pacyfiku. Prace te nie są jawne, jednak z materiałów publikowanych w specjalistycznych periodykach, z oficjalnych wystąpień wojskowych i polity­ków oraz opracowań wpływowego Center for Strategic and Budgetary Assessments (CSBA) wyła­nia się ich w miarę szczegółowy obraz.

Bitwa powietrzno-morska - nie jest doktryną operacyjną, nie określa założeń ewentualnej kampanii na szczeblu taktyczno-operacyjnym. Ma być raczej narzędziem podtrzymania wiary­godności USA oraz amerykańskich wpływów w regionie poprzez (jak to ujęli analitycy CSBA) de­monstrowanie sojusznikom, że nie padną oni ofiarami szantażu ze strony Chin oraz że nie grozi im żadna forma finlandyzacji. Aby osiągnąć ten cel, Stany Zjednoczone muszą zachować zdolność do interwencji w razie konfliktu z ChRL, wliczając w to przystąpienie do wojny konwencjonalnej. Co istotne, koncepcja nie zakłada, że tak się stanie, a samo demonstrowanie zdolności ofensyw­nych ma być czynnikiem zmniejszającym prawdopodobieństwo zaistnienia takiego scenariusza.

Plan bitwy

Waszyngton przyjmuje, że do konfliktu zbrojnego doszłoby z inicjatywy Państwa Środka. W pierwszej kolejności nastąpiłby wówczas atak na amerykańskie satelity odpowiadające za rozpoznanie i łączność, co spowodowałoby ich fizyczną eliminację bądź zakłócenie działania (cyberwojna). Kolejnym etapem byłyby ataki rakietowe (z użyciem pocisków balistycznych i sa- mosterujących) na amerykańskie oraz japońskie bazy lotnictwa i marynarki, a także na okręty wojenne znajdujące się w odległości do 1500 mil morskich od chińskich wybrzeży.

Zadaniem rozmieszczonych wcześniej konwencjonalnych i atomowych uderzeniowych okrętów podwodnych byłoby z kolei przerwanie morskich linii komunikacyjnych, a tym samym unie­możliwienie przesunięcia i zaopatrywania sił amerykańskich. Teatr działań wojennych objąłby obszar od Hawajów po Diego Garcię, odciągając tym samym znaczne siły US Navy z regionu za­chodniego Pacyfiku. Efektem takich ataków byłyby: utrata przez siły USA tak zwanych obsza­rów bezpiecznych (sanctuaries), w których mogłyby się one w miarę swobodnie przegrupowywać i przygotowywać lub prowadzić operacje militarne; utrata bądź zakłócenie działania sieci łącz­ności i dowodzenia; uniemożliwienie dostępu do rejonu działań wojennych, a w konsekwencji całkowity zanik inicjatywy strategicznej i operacyjnej.

Należy również zwrócić uwagę na sytuację sojuszników Stanów Zjednoczonych - taki rozwój wypadków oznaczałby najprawdopodobniej utratę Tajwanu i Republiki Korei oraz poważne za­grożenie Japonii. Ten ostatni kraj jest kluczowy dla układu sił w regionie, między innymi z uwagi na marynarkę wojenną i lotnictwo stanowiące istotne wsparcie US Navy w zakresie zwalczania okrętów podwodnych, celów balistycznych oraz rozpoznania elektronicznego pola walki. Podstawowym celem USA, a zarazem początkiem pierwszego stadium bitwy powietrzno-mor- skiej byłoby przetrwanie ataku przy jak najmniejszych stratach własnych, a następnie przepro­wadzenie uderzeń w sieć dowodzenia nieprzyjaciela, ograniczenie (eliminacja) jego zdolności do ataków dalekiego zasięgu, a w rezultacie przejęcie i utrzymanie inicjatywy operacyjnej w powie­trzu, na morzu, w przestrzeni kosmicznej i cyberprzestrzeni. Drugim stadium (część operacji mo­głaby przebiegać równolegle z pierwszym) byłaby kontynuacja kampanii utrzymania inicjatywy we wszystkich tych obszarach, przerwanie morskich linii komunikacyjnych i rozpoczęcie bloka­dy morskiej, utrzymanie własnych zdolności logistycznych oraz (co nie jest już zadaniem stricte militarnym) zwiększenie produkcji zbrojeniowej, zwłaszcza precyzyjnych systemów rażenia. Prowadząc takie działania, lotnictwo i marynarka mają sobie wiele do zaoferowania. I tak, na przykład, operacje US Air Force przeciwko elementom chińskiej infrastruktury ISR (Intelligen­ce, Surveillance, Reconnaissance) wpłyną na swobodę działania jednostek US Navy. Wyposażo­ne w system Aegis okręty mogą wówczas roztoczyć parasol antyrakietowy nad bazami lotniczy­mi, a odpalane z jednostek nawodnych i podwodnych pociski Tomahawk znacząco zmniejszyć możliwości chińskiej obrony przeciwlotniczej. Pozwoli to US Air Force na prowadzenie ataków w głębi chińskiego terytorium przeciwko operującym tam wyrzutniom pocisków balistycznych, stacjom radarów pozahoryzontalnych oraz lotniskom. Wyeliminowanie przez lotnictwo US Navy chińskich myśliwców umożliwi przesunięcie bliżej wybrzeży powietrznych tankowców US Air Force, a w dalszej kolejności wykorzystanie bombowców strategicznych do misji wymuszania blokady morskiej, w tym minowania i patrolowania wyznaczonych rejonów.

W ostatnich miesiącach mówi się również o konieczności wpisania w koncepcję bitwy powietrzno- morskiej Korpusu Piechoty Morskiej. Gdyby bowiem w początkowej fazie konfliktu doszło do za­jęcia przez ChRL części spornych wysp i archipelagów, ich odzyskaniem musiałyby zająć się Stany Zjednoczone, państwa regionu nie mają bowiem takich formacji jak United States Marine Corps.

Bitwa powietrzno-morska nie byłaby szybką kampanią. Według amerykańskich szacun­ków sama operacja przywrócenia przewagi powietrznej nad Japonią, kluczowa dla rozpoczęcia dalszych działań, mogłaby potrwać kilka tygodni. Kilkanaście zajęłoby wywalczenie podob­nej przewagi nad wodami wewnątrz pierścienia pierwszej linii wysp i uczynienia zeń obszaru „morza niczyjego”, na wzór pasa „ziemi niczyjej”, znanego z pól I wojny światowej. O kilku­miesięcznej nawet perspektywie mówi się w przypadku działań przeciwko chińskim okrętom podwodnym, trudno również wyobrazić sobie skuteczną, a jednocześnie krótkotrwałą bloka­dę morską czy gwałtowne (w ciągu kilku tygodni) zwiększenie produkcji zbrojeniowej. Choć w nazwie koncepcji pojawia się słowo „bitwa”, jest to całościowa kampania będąca reakcją post factum na atak nieprzyjaciela.

Scenariusze Waszyngtonu

Chociaż bitwa powietrzno-morska skupia się na opisie działań wojennych, koniecznych do zwy­cięstwa w konfrontacji militarnej z Chinami, jej podstawowym celem jest niedopuszczenie do takiej sytuacji. Poprzez zademonstrowanie zdolności do zwycięstwa nawet w skrajnie niekorzyst­nych okolicznościach będzie ona spełniać funkcję odstraszającą, a zarazem uwiarygodni politykę Stanów Zjednoczonych, umocni ich pozycję w regionie i wpłynie na zwiększenie asertywności Japonii, Republiki Korei oraz państw niebędących formalnie sojusznikami USA, a uwikłanych w spory graniczne z Pekinem i obawiających się chińskiej dominacji. To zaś już dziś pozwala Wa­szyngtonowi snuć scenariusze wykorzystania lotnisk na Filipinach, w Indonezji czy Wietnamie, czyli potencjalnego rozproszenia sił i uczynienia ich mniej podatnymi na zaskakujący atak, co w konsekwencji sprawia, że staje się on jeszcze mniej prawdopodobny. 



W CX News nr 2/68/2020 opublikowano również: